- Księga - Rzuć zaklęcie - Ona

X Rozdział.

piątek, 10.VI.2009, 17:49
Nareszcie, nareszcie, nareszcie! Wena do mnie przyszła!
Widać Święta jednak na coś się przydają.
Dedykuję tą część wszystkim, którzy jeszcze tu ze mną są i czytają. Dziękuję (:



- Wymyśliłeś już coś? – Zapytał ze znudzeniem Blaise opierając się o kamienną balustradę, za którą rosły niskie krzaczki. – Zresztą, co w ogóle masz zamiar zrobić z faktem, że Granger jest ostatnio lekko nadpobudliwa? Zostaw ją w spokoju. Na pewno nie kombinuje jeszcze, jakby tu sprawić, żeby szkoła wyleciała w powietrze.
Pomimo, że chłopak starał się rozładować sytuację, Malfoy skupiał wzrok i umysł na postaciach pod drzewem, które powoli zaczęły wstawać ze śniegu. Światło księżyca lekko odbijało się w drobinkach lodu na ich kurtkach i włosach.
Dwoje ludzi powoli sunęło przez błonia w stronę drzwi frontowych Hogwartu.
- Cholera jasna, Blaise! – Syknął Draco, obracając się energicznie w stronę przyjaciela. – Nie wiem, kto to jest! Wyskakujemy!
- Draco? – Zabini wydawał się być rozbawiony. – Nauczyciele nie włóczą się nocą w mrozie po błoniach...?
- Powiedziałem coś?! Nie mam ochoty na spotkania towarzyskie ze śmieciami!
Zwinnym ruchem, trzymając się jedną ręką poręczy, przerzucił obydwie nogi na drugą stronę schodów i wpadł do krzaków. Dostrzegł, że Blaise podążył za nim.
Obserwowali dwie postacie z precyzją, aż do czasu, kiedy dostały się pod same schody, pod którymi siedzieli.
Przez chwilę słychać było tylko spokojne oddechy, może leciuteńkie szczękanie zębów, szuranie kurtek, kiedy nagle rozległ się głuchy odgłos nad ich głowami. Towarzyszył mu krzyk wydobywający się z gardła dziewczyny i przekleństwo chłopaka. Poszli na spacer. Tak.
Malfoy nadstawił ucha, żeby móc rozpoznać, kto łamie regulamin szkolny.
- Ups... Wybacz, Harry, po prostu nie zauważyłam... – Głos dziewczyny wydawał mu się niesamowicie znajomy. I jeszcze imię „Harry”... – Nie chciałam ci zrobić krzywdy.
- Daj spokój, Hermiono, przecież wszystko jest w porządku...
Malfoy szturchnął Zabiniego, który kucnął obok niego. Uśmiechnął się w stylu „a nie mówiłem?”. Przyjaciel chyba tego nie dostrzegł.
- No widzisz? Co chwilę coś kom... – Draco szepnął zdegustowany, ale urwał, bo nad nimi rozległ się jeszcze jeden odgłos. Ktoś czymś rzucił, albo dostał w policzek; „plask” był niesamowicie głośny.
A potem rozległ się głos:
- Coś się stało?
- Harry... Zostawiliśmy Krzywołapa pod drzewem... Muszę go zabrać z powrotem!
Dwie postacie zeszły szybko po oblodzonych stopniach i zaczęły się przedzierać przez wysoką warstwę śniegu.
Draco i Blaise siedzieli w ukryciu jeszcze chwilę, jak najmocniej próbując zahamować wybuch śmiechu. Kiedy usłyszeli nawoływania „Krzywołaaap!”, nie wytrzymali. Parsknęli tak dźwięcznym śmiechem, że aż się zapowietrzyli.
Wyleźli zza krzaków i oparli się ponownie o balustradę.
- W życiu, ekhem, ekhem... nie widziałem czegoś głupszego, yhym! – Malfoy kaszlał na przemian z chichotem. Dobrze mu to zrobiło.
- Ha, ha, jedno muszę ci przyznać, stary... Ta szlama naprawdę ma w sobie coś innego.
Obydwoje usiedli na pierwszym stopniu i pokasłując przyglądali się postaciom rzucającym się w śniegu.
- A teraz na poważnie, Malfoy. Masz jakiś problem.
Blondyn przewrócił oczami i zniechęcony odwrócił głowę w stronę kumpla. Dostrzegł w jego oczach cień zaciekawienia, ale i zmartwienia. Draco nie miał zielonego pojęcia, jak to wszystko wyjaśnić, jak opisać myśli, które od dawna kłębiły się pod jego płową czupryną.
Nie był przyzwyczajony do szczerych rozmów. Nigdy nie miał możliwości usiąść z ojcem czy matką i po prostu mówić. Mówić, żeby ktoś naprawdę go wysłuchał, okazał choć trochę zainteresowania.
Co z tego, że miał wszystko? Fakt, dawało mu to przewagę nad większością, co bardzo lubił, ale jednak żyć sam na sam ze sobą i swoją sławą stawało się coraz bardziej uciążliwe. Rzeczą zupełnie nie w jego stylu było to, że z każdym dniem odczuwał coraz większą potrzebę bycia przeciętnym. Z każdym kolejnym porankiem otwierał oczy, spoglądał na wysadzane drogimi kamieniami meble swojego dormitorium, na ubrania z najlepszego materiału walające się po kątach, na luksus, przepych, kosztujące fortunę akcesoria i zastanawiał się, czym właściwie zasłużył sobie na taką wyższość. Nie był żadnym geniuszem, charakter momentami okrutny, wyrobiony pod silną presją ze strony ojca. Nie było w nim nic specjalnego.
Bardzo często łapał się na tym, że potrzebuje więcej i więcej chwil samotności. Marzył, by położyć się gdzieś w cieniu, zasnąć, a kiedy przyjdzie sen, żeby był spokojny, bez narastającego strachu i smutku.
A i serce go bolało. Nie chodziło bynajmniej o żadną miłość. Właściwie sam nie wiedział, czy byłby do niej zdolny.
Pragnął zostać wysłuchanym, zaakceptowanym i traktowanym tak, jak na to naprawdę zasługuje.
I niby właśnie nadarzyła mu się taka okazja,
ale jak do cholery ma to wszystko wytłumaczyć Blaisowi Zabiniemu, jego najlepszemu przyjacielowi od Bóg wie ilu już lat?
Wiatr powiał mocniej, bawiąc się ich włosami. Draco zawiązał sobie szalik, który do tej pory zwisał mu swobodnie na ramionach i oparł głowę na dłoni opartej na kolanie.
- Nie sądzisz chyba, że jestem w stanie ci to wszystko teraz opowiedzieć?
- Szczerze, to właśnie tego oczekiwałem.
Blaise odwrócił głowę w stronę jeziora i zmarszczył brwi. Mocno zastanawiał się, jakie pytanie zadać, by czegokolwiek się dowiedzieć i jednocześnie nie zranić przyjaciela.
- Cholera... – Zaklął cicho Draco.
- Co jest?
- Dwadzieścia dwie po dziewiątej! – Chłopak poderwał się do góry i otrzepał energicznie ze śniegu ubranie.
- Więc...?
- Dostałem zaproszenie od Snape’a na wpół do dziesiątej...
- No tak! I nadal nie powiedział ci, co jest grane?
Draco pokiwał głową i kilka płatków śniegu opadło mu na kurtkę.
Obydwoje wstali i, przeskoczywszy cztery schodki na raz, przeszli najciszej jak mogli przez drzwi frontowe do zamku. W środku panowała niczym nie zmącona cisza. Światło księżyca, które wpadało w niewielkiej ilości przez malutkie gotyckie okienka, tworzyło na kamiennej posadzce ledwo widoczne, kolorowe kształty.
Szybkim krokiem zeszli do lochów ramię w ramię i wpadli do Pokoju Wspólnego.
Przeraźliwie zimne powietrze wpadało przez każdą najmniejszą szparkę w ich ubraniach sprawiając, że dygotali.
- Chyba zaraz zwariuję... – Syknął Malfoy. – Na zewnątrz jest cieplej niż tu!
Na korytarzu rozdzielili się – Zabini ruszył w stronę łazienek, a Draco nacisnął klamkę do swojego pokoju.
- Trzymaj się, stary. I wpadnij jak tylko wrócisz, rozumiesz? – Blaise zasalutował i oddalił się.
Zobaczymy co wymyśliłeś, wuju..., pomyślał Draco i wszedł do pokoju.
Zastał taki sam nieład, jaki zostawił wychodząc.
Ściągnął błyskawicznie kurtkę i skoczył do szafy. Sięgnął na najwyższą półkę po zielony kaszmirowy sweter. Otrzepując się z zimna ubrał go na siebie i już skierował się w stronę drzwi, kiedy przypomniał sobie, że ma ubłocone, mokre buty. Przebrał trampki i wyszedł, prawie trzaskając drzwiami.
Kiedy znalazł się w głównym korytarzu lochów, usłyszał jakieś szuranie. Skierował się w stronę gabinetu Snape’a.



Po kilkunastu minutach bezsensownego nawoływania Hermiona wydała z siebie głośne jęknięcie.
- Przecież on tu zamarznie na śmierć!
- Hermiono, wiem, że kochasz Krzywołapa, ale zrozum... To jest zwierzę. Wytrzyma. Znajdzie sobie jakiś ciepły kąt. Daj spokój, wszyscy musimy sobie jakoś radzić!
Harry dostrzegł niepewną minę swojej przyjaciółki. Stała zgarbiona i kręciła powoli głową.
- Słuchaj, nawet, jeśli chciałabyś go szukać nawet do rana, nie masz takiej możliwości... – Chłopak podszedł kilka kroków do Hermiony i położył jej rękę na ramieniu.
Dziewczyna podniosła głowę i nie od razu załapała, co Harry miał na myśli.
- Za dziesięć minut musisz stawić się u Snape’a.
- Dziesięć minut? – Wykrztusiła z paniką Hermiona. – Dopiero teraz mi to mówisz?! – Rzuciła się przed siebie, klnąc siarczyście pod nosem.
Rozbawiony chłopak ruszył za nią i po dwóch, a może trzech minutach byli już w zamku. Nie zwrócili uwagi na mokre ślady stóp widniejące na posadzce.
- Muszę biec, Harry. Przepraszam cię naprawdę, że tak wyszło. Ale ze mnie...
- No już, nie rozczulaj się, tylko idź. Ale uważaj na siebie.
Brązowe, w połowie mokre pukle podskakiwały w rytm jej kroków, kiedy przeskakiwała po dwa schody, by dostać się na siódme piętro, do wieży Gryffindoru.
Nie spóźnię się, nie spóźnię, nie do Snape’a! powtarzała sobie w myślach dziewczyna.Jeszcze sześć minut!
Było dokładnie za dwie minuty wpół do dziesiątej, gdy Hermiona wychodziła ze swojego dormitorium.
Przebrała wszystko, co miała na sobie, gdyż, tak jak Malfoy’owi, było jej niesamowicie zimno. Miała na sobie swój ulubiony długi, zielony sweter, dżinsy i fioletowe trampki...
Trzymając w lewej ręce różdżkę, wybierała jak najkrótszą drogę na sam dół, do lochów.
W połowie schodów spotkała Harry’ego. Zdążyła tylko zasalutować i zbiegła na łeb, na szyję w dół.



Malfoy, nie czekając, podszedł szybkim krokiem do drzwi i bez pukania nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się ze skrzypieniem, a chłopak wszedł błyskawicznie do gabinetu Snape’a.
- Wzywałeś mnie, wuju... – Draco poszukał wzrokiem posępnego, czarnowłosego mężczyzny, ale to, co zobaczył, trochę wytrąciło go z równowagi.



Cholera, minuta spóźnienia! Hermiona zacisnęła szczęki i wpadła zziajana do głównego korytarza lochów. Biegnąc, policzyła trzecie drzwi po lewej, i po kilku sekundach znalazła się przed wejściem do gabinetu Snape’a. Serce, i tak już bijące w ogromnym tempie, chciało wyskoczyć jej z piersi. Hermiona czuje, że traci równowagę, jest taka lekka, jakby leciała w powietrzu...
Złapała się ściany. Zwariowałaś... Nie daj się. Jesteś silna. Nie denerwuj się.
Zapukała i nie czekając na odpowiedź wpadła do środka.
- Profesorze, ja przepraszam za spóźnienie, ale... – Dziewczyna, nie patrząc nawet, chwyciła się pierwszej lepszej rzeczy stojącej przy drzwiach. Zakręciło jej się w głowie.
Kiedy po kilku sekundach uświadomiła sobie, że nastała kompletna cisza, przerywana tylko szmerem jej oddechu, podniosła szybko głowę i zaczęła w panice lustrować całe pomieszczenie, każdy najmniejszy zakamarek. Choć było jej ciężko, wstrzymała oddech na kilka sekund. Wokół niej nadal panowała niczym nie zmącona cisza.
W tym momencie boję się bardziej niż kiedykolwiek. Nie chcę tego, nie chcę! Gdzie jest wyjście?! myśli rozsadzały jej czaszkę, nagle zachciało jej się wymiotować. Panikowała jak nigdy w życiu.
Gdzieś z głębi pomieszczenia usłyszała cichy odgłos kroków. Rozbłysło światło...


Radosnych Świąt Wam życzę!
Nastrój: Zainspirowana...
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Niesamowite...

poniedziałek, 6.VI.2009, 14:23
Nigdy bym nie przypuszczała, że tu wrócę. Szczególnie po tych beznadziejnych zmianach, jakie wprowadził Mylog.pl
Czy tylko ja tak uważam, czy stara wersja była bardziej czytelna, sympatyczna, 'przytulna', a szczególnie to zdjęcie pióra i książki na samej górze. Miało w sobie czar, przyciągało do pisania...

A teraz? Jak jakiś masowy portal informacyjny. Nic, tylko się załamać. Nikt tu już nie wchodzi.

O matko... Beznadzieja. Mam nadzieję, że ktoś mnie odwiedzi? :3

Pozdrawiam Was wszystkich na nowo! Może mnie jeszcze pamiętacie?
Nastrój: To się nie dzieje naprawdę...
Kategoria: brak kategorii

IX rozdział.

sobota, 1.III.2008, 15:01
Wiem, wiem. To się ciągnie, jak "Moda na sukces", ale nie mogłam tego kontynuować.
Bardzo przepraszam i już się poprawiam!
Miłego czytania.

***

Dochodziła dziewiąta. Śnieg spadał z nieba w coraz większych ilościach, a księżyc co chwilę chował się za szaroburymi, ogromnymi chmurami.
Hogwart nocą wyglądał tak tajemniczo... Nikt nie mógł pojąć, dlaczego na nowo go otworzyli. Połowa uczniów wróciła do swoich rodzinnych domów w obawie przed atakami Śmierciożerców.
Trójka przyjaciół, z zamiarem odnalezienia pozostałych horkruksów po szkole, została, by pomagać przygotować się innym na najgorsze. Wiedzieli, że niedługo stoczy się potężna wojna.
Pozostało im tylko czekać.
Harry siedział pod drzewem, obejmując Hermionę ramieniem. Jeśli ktokolwiek mógłby zostać jego siostrą i matką w jednym, byłaby to tylko ona.
Niezbyt rozumiał tę jej ogromną troskę, ale imponowało mu to. Hermiona, Ron i Ginny byli dla niego wszystkim.
- Za niedługo będziemy się chyba zbierać. – Hermiona zawiązała szalik pod szyją jeszcze szczelniej. – Robi się trochę zimno, nie?
- Nie czuję.
- Coś ci jest?
Dziewczyna popatrzyła przyjacielowi w oczy.
- Po prostu myślę. Wszystko się teraz komplikuje, nie wiadomo o co wszystkim chodzi. Wiesz, że za dwa dni przyjeżdżają Durmstrang i Beauxbattons?
- A kto by nie wiedział? Wszyscy o tym szeptają. Boję się myśleć, kto będzie nowym dyrektorem. Nie rozumiem, dlaczego Snape tak bezkarnie chodzi sobie po korytarzu?
- Przypuszczam, że pewnie podaje się za szpiega Dumbledore’a, a tak naprawdę służy Voldemortowi.
Hermiona nachmurzyła się i zaczęła lekko dygotać. Przeraźliwy wiatr wpadał jej do uszu i do szpar pomiędzy kolejnymi warstwami szkarłatnego szalika.
- Nie wytrzymam tu dłużej, Harry. Jeśli chcesz, to zostań, ale ja muszę wracać do zamku. Przebiorę się i jeszcze raz na spokojnie przemyślę, czy stawić się u Snape’a.
- Po co będziesz się przebierać? To jakaś randka, czy co?
- No przecież jak mnie zobaczy w mokrej kurtce, całą zdyszaną, to może mieć jakieś wątpliwości. A poza tym – Hermiona zerknęła na zegarek – jest już prawie po ciszy nocnej.
- W takim razie wracam z tobą.
Gdy przyjaciele podnieśli się ze śniegu, pozostało po nich tylko wgniecenie w miejscu, gdzie siedzieli. Popatrzyli do góry i ujrzeli, że księżyc jest już prawie nad nimi. Otrzepali swoje ubrania, okryli się jeszcze szczelniej szalikami i ruszyli w stronę zamku.
Śnieg wkoło nich błyszczał cudownie, drzewa były przystrojone jego płatami, za to schody prowadzące do drzwi frontowych były tak oblodzone, że Hermiona poślizgnęła się i z krzykiem upadła na najwyższy stopień, ciągnąc za sobą Harry’ego (który wcześniej trzymał ją pod ramię), a ten wywrócił się i rąbnął głową o poręcz.
- Ups... Wybacz, Harry, po prostu nie zauważyłam... – dziewczyna próbowała podnieść przyjaciela. – Nie chciałam ci zrobić krzywdy.
- Daj spokój, Hermiono, przecież wszystko jest w porządku – rzucił Harry, rozmasowywując sobie prawą skroń.
Nagle chłopak usłyszał cichy „plask”. Obrócił głowę i spojrzał, jak ręka Hermiony zjeżdża powoli po jej twarzy.
- Coś się stało?
- Harry... Zostawiliśmy Krzywołapa pod drzewem...
Harry zrobił lekko zażenowaną minę myśląc, że ten kot mógłby sobie przecież znaleźć jakąś norkę i tam spędzić noc, ale nie śmiał odezwać się w ten sposób do Hermiony. Po pierwsze wiedział, że ma na jego punkcie świra, a po drugie Krzywołap uratował im tyłki w trzeciej klasie pod Bijącą Wierzbą.
- Muszę go zabrać z powrotem!
Hermiona rzuciła się w śnieg i ruszyła pod dąb. Wiedziała, że nie może zostawić kota samego. Zauważyła, że Harry ruszył za nią.
Gdy dostali się pod drzewo, okazało się, że Krzywołapa tam nie ma. Śnieg bardzo ostro prószył, więc ślady został całkowicie zakryte. Nawet te po ich ciałach.
- M-musimy się ro-rozdzielić. – Hermiona zadygotała i poszła w stronę Zakazanego Lasu.
Harry szedł brzegiem jeziora, wołając co chwilę „Krzywołap!”, choć dobrze wiedział, że to, co robi jest nierozsądne.
Hermiona ze łzami w oczach biegła i rzucała się na boki, dopatrując w śniegu rudej kulki.


Draco siedział na fotelu przed kominkiem w Pokoju Wspólnym. Pomarańczowe światło, padające na szmaragdowe ozdoby pomieszczenia wyglądało jak rdza. Pansy Parkinson cały czas coś do niego mówiła, ale on nie raczył poświęcić jej choć trochę swojej uwagi. Gdy świergotała już naprawdę głośno, chłopak po prostu wstał z fotela i poszedł w stronę dormitorium siódmoklasistów. Zastukał do drzwi i, nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.
Na łóżkach leżeli Crabb i Goyle, a Zabini stał na środku i objaśniał im coś, żywo gestykulując. Gdy Daco wkroczył do pomieszczenia, jego głos się urwał.
- Blaise, jeśli nie masz nic przeciwko, to musimy pogadać.
Zabini rzucił ostre spojrzenie dwóm pozostałym i ruszył za Malfoyem.
- Tylko się ubierz... Idziemy na błonia.
- Boli cię głowa, stary? Zamarzniemy tam.
- Pytałem, czy nie masz nic przeciwko.
- Ale mi wcześniej nie... a zresztą. Poczekaj chwilę.
Po kilku sekundach spotkali się ponownie; Blaise trzymał w ręku kurtkę, szalik i grube rękawice.
- Ciągle masz wątpliwości co do planów Snape’a? – Ciemnoskóry zarzucił na siebie, to co miał i razem z Malfoy’em dotarli pod drzwi frontowe.
- Poniekąd. To jednak nie jest rzecz, o której chcę ci powiedzieć.
Blaise pociągnął głośno nosem z racji swojego nadmiernego kataru w ostatnich dniach, a Draco zmarszczył brwi myśląc dokładnie, jakby tu obrazowo przedstawić kumplowi swoje odkrycie.
Dookoła nich była zupełna pustka, w końcu zegar wskazywał już dziewiątą dziesięć. Niektóre z wytwornych dam na obrazach nad schodami paplało w naprawdę denerwujący sposób, więc Draco nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Wiedział, że zabrzmi to absurdalnie.
- Coś jest nie tak z tą Granger – rzucił szybko i odwrócił głowę w inną stronę, by nie widzieć twarzy kumpla.
Blaise najpierw patrzył zdumiony na Draco, a potem z ust wydobył mu się niski, dźwięczny śmiech, który obił się echem po całej Sali Wejściowej, gdy stali przy drzwiach.
- Stary, przysięgam na Merlina, zabijesz mnie kiedyś... – po czym czknął kilka razy i wysilił się na trochę bardziej poważną minę. – Ale tak konkretnie, to co masz na myśli. Jeśli to, że jej mózg jest większy, niż całe Stany Zjednoczone, to owszem, zdaję sobie sprawę. Jeżeli to, że zachowuje się jak typowa Gryfonka, to też wiem. Jest coś nowego, uwydatniającego jej „inność”?
Draco średnio uwierzył w zainteresowanie jego przyjaciela, ale i tak wysilił się na odpowiedź:
- Cholera, czy ty śpisz na tych lekcjach? Wyszła po pięciu minutach wykładu McGonagall z klasy, przy okazji wyrywając Potter’owi z ręki coś, co raczej nie było pracą domową.
- Słuchaj, Draco, ja się nie interesuję czerwonymi. A ty, widzę, masz jakąś obsesję... – Blaise zobaczył, że Malfoy sceptycznie podnosi brwi, więc dodał szybko: Chcesz udowodnić za wszelką cenę, że Trójca robi coś dziwnego. Opanuj się, wyluzuj, idź na imprezę i olej Gryfonów.
Ciemnoskóry otworzył drzwi przed Draco i obydwoje wyszli na mróz.
- Mam powoli dość tego Hogwartu. Chciałbym już zacząć robotę i wynieść się na drugi koniec świata...
- ... Z dala od ludzi, tak? – dokończył za blondyna Blaise. – Markotny jesteś, a ze mnie żadna chustka do smarkania, czy wypłakiwania się. Albo opanujesz swoje napady melancholii, albo ja również cię oleję, bo nie mam czasu na smutki.
- Odwal się, człowieku. Nie szufladkuj nikogo, dopóki nie poznasz go naprawdę.
- Draco Malfoy’u – głos Blaise’a nabrał groźnej barwy. – Od dawna coś cię dręczy. Przecież zawsze możemy porozmawiać. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja szczerość cię wkurza, ale... w końcu jesteśmy kumplami.
Draco przeniósł znudzony wzrok na jezioro, a potem na drzewo, które rosło nieopodal. Nagle zobaczył ruszające się pod nim dwie postacie, ale nie dostrzegł nic, poza ich ciemnymi kształtami, majaczącymi się na śniegu.
Razem z Zabinim stali w cieniu murów, księżyc schował im się za plecami.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Rozdziały

Prolog + I- II- III- IV- V- VI- VII- VIII- IX- X

Powiadamiam

Ona i On - Dwie przeciwnosci
Sandy
Nightfall
Sztuka Kochania

Ukochani

ona-on-dwie-przeciwnoscismiertelnosc-slowazobaczmynie-wiem-co-to-milosc

Linki, ocenialnie

OCENIALNIE
oceny-ff || czekam
oceny-fanfiction || 38/85 pkt. - Sen Marii Zuzanny
oceny-h-p || 64/80 pkt. - BLOG JAKICH NIE MA!! WYBITNY!!
Oceny Opowiadań ||
Oszpecające Szopozgredy || czekam
NOCNIK || 40/80 pkt -> przeciętny
oceny-hp || czekam

Inne Fan-Ficki
Severus i Hermiona

Archiwum

2007
II (2)
III (1)
VI (1)
V (2)
VI (1)
VIII (1)
IX (1)
XI (1)

2008
III (1)

2009
VI (2)

Cało�ć

Foto: Google&dA
Obróbka, HTML: własnej produkcji
Inspirowane: kilkoma piosenkami znajdujšcymi się pod spodem.
Za kopiowanie lub kradzież, Zaklęcie Niewybaczalne niewyjęte.
W razie problemów lub zażaleń, pisać:
kont@kt.


Koniec psot!